piątek, 7 czerwca 2013

„Romeo i Julia” w reżyserii Grażyny Kani w Teatrze Powszechnym w Warszawie

Zaskoczyła mnie ta inscenizacja. Historia dwojga kochanków z Werony nigdy mnie jakoś nie przekonywała: nie podobał mi się świat przedstawiony w tym dramacie, drażniła mnie kategoryczność postaw i ta jakaś egzaltacja granicząca z histerią… Zdaje się, że nigdy rzetelnie nie wczytałam się w ten dramat – Grażyna Kania pokazała mi ciekawą ścieżkę interpretacyjną.

 Akcja Romea i Julii rozgrywa się w ciągu trzech czy czterech dni. Tyle wystarcza bohaterom, by wywrócić swoje (i bliskich) życie do góry nogami, przeżyć wielką miłość i umrzeć (czyli żyć szybko i umrzeć młodo…).

zdjęcie Magda Hueckel
Romeo i Julia Grażyny Kani to historia współczesna. Romeo (Jacek Beler) i jego dwaj kompani Merkucjo (Sławomir Pacek) i Benvolio (Michał Sitarski) żyją od imprezy do imprezy. Są bogaci (a właściwie mieli to szczęście urodzić się w bogatych i szanowanych rodzinach), martwią się tylko tym, gdzie wieczorem będą się bawić (czytaj: upić, odurzyć, potańczyć) i czy osoba poznana wczoraj da się namówić na seks. Nie lepszy jest młodzieniec reprezentujący rodzinę Capulettich – Tybalt (w tej roli zaskakująco dobrze obsadzona Aleksandra Bożek) – kogucik zaczepiający chłopaków z przeciwnej drużyny, próbujący dostać się do tego męskiego świata nawet za cenę śmierci… Kim jest Tybalt i kogo pragnie Merkucjo (Sławomir Pacek znowu w wyśmienitej formie, i śmieszy, i tumani, i wzrusza). Bardzo ciekawy wątek.
zdjęcie Magda Hueckel
Mocno zarysowane są również obie zwaśnione rodziny: Capulettich i Montecchich. Nikt już nie pamięta, o co poszło, ale nie ma nikogo, kto by zakończył ten spór. Książę (głos Andrzeja Mastalerza) niby próbuje ingerować, ale jego starania tylko komplikują sytuację. Pan Capuletti (Kazimierz Kaczor) to wycofany safanduła, jego żona (Maria Robaszkiewicz w przypominającej hełm peruce królowej Elżbiety) – milcząca, bez pamięci zakochana w jedynaku, umierająca z żalu po śmierci syna. Za to Ojciec Julii (Mariusz Benoit) jest tyranem i despotą. Z pogardą odnosi się nie tylko do Capulettich, ale i do własnej żony, którą z upodobaniem tłucze w zaciszu domowego ogniska (Anna Moskal wymownie zasłania twarz ciemnymi okularami). Pani Montecchi była niemal dzieckiem, kiedy pierwszy raz została matką, z wiekiem i kolejnymi ciążami przestała być atrakcyjna dla męża – i to jej wina, że już mu się nie podoba… Obie, i żonę, i córkę, traktuje jak swoją własność, osoby bez woli i prawa głosu, i rozporządza nimi według uznania. Podobnie traktuje opiekunkę córki, Martę (Elżbieta Borowska), na której dekolt zerka też łakomym okiem.

Trudno znieść taki świat. Trudniej jeszcze, kiedy stanowi on tło, na którym rozkwitać ma wielka miłość. Podobał mi się ten kontrast.


zdjęcie Magda Hueckel

Podobał mi się też Jacek Beler jako Romeo. Choć na początku trudno się przyzwyczaić do Romea, który najlepiej wypada w rolach postaci niezrównoważonych psychicznie (rewelacyjny jako Leman, psychopatyczny morderca, w Sępie Eugeniusza Korina, świetny jako Wariat w Wariacie i zakonnicy w reżyserii Igora Gorzkowskiego i rozbrajający w Fazie delta Radosława Paczochy w reżyserii Gabriela Gietzky’ego). Romeo Jacka Belera rzuca się po scenie, skacze po kanapie (ogromna biała kanapa biegnąca łukiem przez całą scenę stanowi główny element scenografii, oprócz ogromnego podświetlonego napisu LOVE na ścianie), krzyczy i rwie włosy z głowy. Może drażnić. Czyż jednak miłość nie jest szaleństwem, czy nie bywamy opętani miłością (a raczej pożądaniem), czy nie robimy z miłości rzeczy, za które potem nam wstyd… Romeo o demonicznym spojrzeniu Jacka Belera umiera z miłości – w przenośni i dosłownie – i nic więcej go nie obchodzi. Tak smakuje pierwsze zauroczenie (miłość czy raczej, jak mówił Luis Tosar w Nieświadomych – zaburzenie hormonalne), kiedy wszystko przestaje się liczyć, nie ma przeszłości ani przyszłości, jest tylko tu i teraz, i tylko ty i ja. Ja mu wierzę.
zdjęcie Magda Hueckel
Wierzę również Julii Katarzyny Marii Zielińskiej, słodkiej, dziecinnej panience – w sukience z tiulową spódniczką i w złotych kamaszkach – która mimo młodego wieku (u Szekspira Julia ma 13 lat!) wie, czego chce i potrafi po to sięgnąć. W świecie, w którym kobiety nie mają takich samych praw jak mężczyźni (nie wszystko się zmieniło…) i nie mogą decydować o sobie, bywają nawet przedmiotem targów między mężczyznami, trzeba uciekać się do podstępów. Julia to rozumie i podejmuje tę grę. Zwłaszcza że w pewnym momencie zostaje postawiona w sytuacji bez wyjścia: ojciec (sadysta o chorych skłonnościach – przerażający w tej roli Mariusz Benoit) sprzedał ją „za mąż” mężczyźnie (Mariusz Wojciechowski), który mógłby być niemal jej dziadkiem. Nie ma na co czekać, lepsza już śmierć. Dziewczyna nie boi się zaryzykować, zażywa miksturę Ojca Laurentego (Jacek Braciak nie jest takim dobrodusznym księżulkiem, jakiego dotąd kojarzyłam z Romea i Julii), która pozwoli jej połączyć się z ukochanym.

Pierwszy raz nie zmęczyłam się tą historią miłosną. Grażyna Kania ograniczyła liczbę postaci dramatu do trzynastu, skróciła, zwęziła i przycięła wszystko na miarę ery informacji (sam tekst zresztą świetnie się wpisuje w obecne tendencje: szybkość, fragmentaryczność, spiętrzenie; por. Tyrania chwili), choć w porównaniu z szaleńczym tempem spektaklu kulminacyjne sceny trochę się dłużą. Mimo to pójdę jeszcze raz, żeby zanurzyć się w otchłań szaleństwa, przypomnieć sobie własne manowce.

Bliskie mi jest spojrzenie Grażyny Kani, cenię zwłaszcza to jej rozdrapywanie relacji rodzinnych, pokazywanie frustracji wynikających z obowiązku kochania rodziców, dzieci, rodzeństwa, obłudy lojalności ze strony i wobec krewnych, udręki konieczności opowiadania się po jednej ze stron w sytuacji konfliktu: matka czy żona, mąż czy córka… Poza tym lubię ten rozkrzyczany teatr (nadal słyszę Sieroty…).
 http://www.grazyna-kania.de/Grazyna_Kania/AKTUALNIE.html

„Romeo i Julia” Williama Shakespeare’e w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka (w adaptacji wykorzystano fragmenty tłumaczenia Józefa Paszkowskiego). Adaptacja i reżyseria Grażyna Kania, scenografia Stephan Testi, kostiumy Martyna Kander, muzyka Jan Duszyński, światło Michał Głaszczka, konsultacja układów walki Tomasz Grochoczyński, asystent reżysera Tomasz Walesiak, asystent scenografa Małgorzata Motylewska, występują: Jacek Beler (Romeo), Katarzyna Maria Zielińska (Julia), Kazimierz Kaczor (Pan Capuletti), Maria Robaszkiewicz (Pani Capuletti), Mariusz Benoit (Pan Montecchi), Anna Moskal (Pani Montecchi), Sławomir Pacek (Merkucjo), Michał Sitarski (Benvolio), Aleksandra Bożek (Tybalt), Elżbieta Borowska (Marta), Jacek Braciak (Ojciec Laurenty), Mariusz Wojciechowski (Parys), Andrzej Mastalerz (głos Księcia), plakat Grzegorz Laszuk; premiera 31 maja 2013 roku w Teatrze Powszechnym w Warszawie

3 komentarze:

  1. chciałam nie skomentować, ale ciężko mi skoro, aż tak wyraźnie rozmijam się z Panią.
    Może dlatego, że mam już po dziurki w nosie teatru, w którym ryczą aktorzy chociaż powinna ryczeć widownia.
    Może dlatego, że mam dość niespójności (np. wyraźnie widocznych w postaci księdza, który w pierwszym monologu mówi, że kuszą go kobiet,[co za innowacyjne podejście!], a potem najpierw przystawia się do niego Marta i on jej odmawia, a potem jego rękę wsadza sobie między nogi Julia [sic!] i również ksiądz na to nie reaguje. Na początku tego monologu również, ksiądz jest tak pijany, że się zatacza (co za innowacyjne podejście), a potem w dialogu z Romeo, który następuje bezpośrednio po monologu, momentalnie trzeźwieje [?])
    Może dlatego, że mam dość teatru, w którym aktorzy wrzeszczą i zagrywają się (sądziłam, że polski teatr dotarł już do nowinek Stanisławskiego...) W polskim, czy może warszawskim teatrze widać wyraźnie tendencje do grania polegającego na specjalnym zagrywaniu się, które ma sprawić, że spod maski wyjrzy twarz szczerości - przykro mi, to nigdy się nie udaje. Przez to aktorzy robią wrażenie bezmyślnych wyrobników, a nie artystów.
    Może dlatego, że mam dość oryginalnych na siłę, przez to sztampowych postaci. Takich jak przytoczony przez Panią ojciec Julii, który kiedy tylko żona go dotknie rzuca ją na ziemię. Może za pierwszym razem to było zaskoczenie, ale już za drugim i trzecim - robi się śmieszne a nie dramatyczne...
    Może dlatego, że mam dość wulgarnych transkrypcji ruchowych. Każdy aktor do jednego słowa dodawał tuzin wulgarnych gestów takich jak udawanie stosunku, minetki, albo masturbacji, znowu - za pierwszym razem -interesujące, przy kolejnych - nachalne i męczące. Niestety nie zostały one chociaż połączone z porządnymi intencjami, przeciwnie aktorzy w jednym ciągu, kompletnie bez zrozumienia, krzyczeli swoje linijki.Czasem tylko słyszałam jak Shakespeare stara się przebić, między jedną masturbacją, a inną minetką.
    Jedynym pozytywnym aspektem była ascetyczna i postmodernistyczna scenografia, wykorzystana w 100%. Kanapy zagrały wszystko co mogły, genialnie wykorzystany został każdy ich aspekt.
    Najgorsze w tym wszystkim jest to,że to wszystko już było, że w tym pozornym nowatorstwie nie ma nic nowego. To samo lepiej wykonane pojawiało się już u Kleczewskiej czy Klaty. A ten cały nowy teatr cuchnie starzyzną.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję bardzo za ten głos! To dobrze, że możemy mieć inne zdania. Wszyscy różnimy się wrażliwością, mamy inne oczekiwania, inne kryteria oceny. Też dobrze.

    Mnie wulgarność przedstawień Grażyny Kani (mówię też o "Sierotach") i ten ciągły wrzask też przeszkadza, choć nie dyskwalifikuje całej roboty. Myślę, że może jestem już na tyle stara, że nie nadążam, bo taki jest teraz świat...
    Mam to szczęście, że mogę trzymać z dala od brutalnej, pełnej agresji i głupoty rzeczywistości, ale zdarza się (a ostatnio niestety częściej), że w taki czy inny sposób zderzam się z nią. I wtedy taki teatr jak Grażyny Kani pomaga mi zrozumieć. Każdy radzi sobie, jak umie...
    Może też ten spektakl jest skierowany do osób, które nie widziały ani Kleczewskiej (swoją drogą jej "Oresteja" zupenie mi się nie podobała), ani Klaty i nie wiedzą, że wszystko już było.

    Jeszcze raz dziękuję za ten głos! I proszę częściej. Rzadko ktoś się tu ze mną nie zgadza, a głosy krytyczne uczą pokory.
    Przesyłam ukłony
    M.D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za Pani odpowiedź. Przeczytałam raz jeszcze swój poprzedni komentarz i jestem zmuszona przeprosić Panią za błędy i z miejsca uprzedzić o kolejnych, nie mniej chciałam odnieść się do Pani odpowiedzi.

      Ja myślałam dla odmiany, że ze względu na mój młody wiek nie nadążam i taki właśnie jest świat. Ale przez moje zetknięcie się z Pani opinią widzę, że to może właśnie teatr pani Grażyny Kani nie nadąża i utkną w martwym punkcie.

      Zgadzam się z Panią w kwestii "Orestei" - nie podobała mi się. Chociaż wyjątek stanowił poruszający monolog Stenki.

      Pozdrawiam serdecznie!
      K. Kaiper

      Usuń